Z kronikarskiego obowiązku, żeby trochę choć reanimować bloga. Ktoś tu jeszcze zagląda? Mi osobiście bardzo żal, że tak ogólnie blogosfera jest dużo biedniejsza niż kilka lat temu. O ile jeszcze treści obrazkowe (w tym robótkowe) można przenieść do Instagrama, to brakuje mi blogów do czytania. Nie przepadam za podkastami, słucham tylko dla nauki języków albo naprawdę czegoś wyjątkowego. Czytam zdecydowanie szybciej niż słucham i zwyczajnie szkoda mi czasu na treść, którą jestem w stanie przeskanować w kilka sekund, a podkaster nawija mi o tym pół godziny.
Tyle dygresji na początek, teraz konkrety.
Udziergi poniższe to prezenty świąteczne. Imho udane :)
Wzór: Pacific Coastline Włóczka: Air Drops, 7 motków w kolorze Dark Olive i 1 Wheat Druty: 5mm
Z pozostałej włóczki dorobiłam czapeczki.
Wzór: Winter Smiles hat Włóczka: Air Drops, po trochę ponad 1 motek na każdą w kolorze Dark Olive i Wheat Druty: 3,5 mm (zwracam uwagę, że sweter z tej samej włóczki był robiony na drutach o 1,5mm grubszych)
Oraz dla kogoś innego też czapeczkę.
Wzór: Electric blue hat Włóczka: Big Merino Drops, trochę ponad 2 motki Druty: 4,5mm
Jeśli miałabym polecić coś gadanego do posłuchania, to zdecydowanie Artur i jego Rozmowy Rawicza.
Na zamówienie dla brata. Miał być prosty, do codziennego użytku, do pracy na koszulę. Stwierdziłam tylko, że włóczka musi być dobrej jakości, żadnych akryli po taniości. Niech koledzy w pracy zazdroszczą ;)
Włóczka: Heavy merino produkcji Knitting for Olive, 125m w 50g, 9 motków Druty: 4,5mm Wzór: Chicane od Brooklyn Tweed
Do posłuchania. Znów robiłam w tłumie za tło do teledysku i znów oczywiście nie ma szans, żebym się zobaczyła ;)
Kolejny udzierg z serii dużych, długotrwałych i robiących wrażenie.
Wzór to Williamson stole, opracowany na podstawie XIX-wiecznego szala. Nie jest bardzo trudny. To pojedyncze motywy robione jeden po drugim, można bez problemu modyfikować szerokość, liczbę powtórzeń i przestrzeń między poszczególnymi elementami.
Ok, może przesadzam z tym, że nie jest trudny, wymaga doświadczenia choćby w czytaniu opisów i dostosowywania ich do własnych potrzeb. Na przykład na końcu robi się brzeg wokół całości, ale samemu trzeba przeliczyć ile powtórzeń zrobić w rogach (mogę pomóc, jeśli ktoś potrzebuje).
Włóczka to Haapsalu od Midary. Jest ok. Całkiem niedroga, ładnie się blokuje, ale to jest tylko zwykła wełna ze wszystkimi jej wadami. Miała minimalne różnice grubości, ale jest gładka, bez wezełków. Jest lekko szorstka i trochę pogryza. Na pewno nie dla każdego.
Test obrączki zdany, choć łatwo nie było ;)
Wzór:Williamson stole Druty: 2,75
Włóczka: Haapsalu Midara, 1400m w 100g, 1,5 motka
Z jednej strony nic specjalnego - duży prostokąt zrobiony wyłącznie oczkami prawymi (nuuuda). Kiedyś myślałam, że robienie takich prościzn to trochę niewykorzystane własnych umiejętności. Dlatego to tej pory wszystko, co robiłam miało coś wymagającego więcej zaangażowania, warkocze, ażury albo przynajmniej wyrafinowaną formę.
Z drugiej strony - chyba dawno nie zrobiłam czegoś, z czego byłabym tak zadowolona. Koc jest po prostu idealny. W swojej prostocie i swojej wygodzie. Stał się ulubionym nie tylko moim. Bitw na szczęście nie ma, bo dwie osoby jednocześnie też da się nim owinąć.
Wzór - garterem po skosie. Jest kilka takich podobnych na Ravelry, nie linkuję, kto chce, to znajdzie, reszta nie potrzebuje nawet opisu, by wiedzieć, jak zrobić.
Jest tylko jedna niedoskonałość [1]: ponieważ wzór jest bardzo równy, a robótka dwustronna, bardzo ciężko było mi ukryć łączenie nitek. Nawet bardzo równe wplecenie końcówek powoduje niewielkie wybrzuszenie, a magiczne supełki są jednak supełkami i te grudki też trochę widać. Koc jest dla mnie, więc się nie przejmuję, ale gdybym robiła taki dla kogoś, miałabym problem.
Włóczka: Alaska Drops (100% wełna, 70m/50g), ponad 1,5kg, ale trudno mi teraz zważyć. Druty: 5 Wzór: z głowy.
A skoro o niedoskonałościach mowa, dziś również taka w kąciku muzycznym. Nadal jaram się, że moja czapeczka robi karierę muzyczną, właśnie wystąpiła w teledysku
I czy tylko ja widzę tę źle wciągniętą nitkę?! (można od razu przejść do 2:33)
[1] Zawsze lubiłam, gdy w reklamach używało się tego słowa na pryszcze i inne cholery na twarzy ;)
W tym sezonie wydziergałam wyjątkowo dużo czapek. Oprócz tej z poprzedniego posta jest mały stosik
oraz ta, już chyba ostatnia. Tym razem dla mnie. Z Dropsowej wełny merino, czyli delikatna, niedrapiąca. Wszystkie szare i proste, ale nie będę walczyć z modą i wygodą ;)
Drapanie wełny to ogólnie skomplikowana i ciekawa rzecz. Mi lekkie nie przeszkadza, mój mąż nie znosi, a od jedna z obdarowanych osób powiedziała, że wie, że wełna drapie, ale jeśli chce mieć na sobie ładne rzeczy, to po prostu musi to przeżyć ;)
Właściwie powinnam powiedzieć chusta z mchu, bo mchem (ang. moss stitch) nie jest wzór, a ścieg. Prosty, efektowny, idealny dla minimalistów.
A przy tym niesamowicie monotonny. Miałam wrażenie, że nigdy jej nie skończę.
Zainteresowanym polecam poguglanie, jak go zrobić, są i rysunki i filmiki i wyjaśnienia jak formować różne kształty i cała masa inspiracji, czym uzupełnić, żeby nie było za nudno. Ja ograniczyłam się tylko do dwóch rzędów ażuru i oczek rakowych na wykończenie.
Mam tylko jedną radę: wzór wychodzi dość ,,blaszany'', więc warto użyć szydełka większego niż zwykle przy tej grubości nici.
I jest to na jakiś czas ostatnia rzecz na szydełku. Wracam do drutów!
Włóczka: Kokonek merino/akryl, 3 nitki 1500m, kolor 401 June Night Szydełko: 3,5mm Wzór: mech, po prostu mech.
Od jakiegoś czasu staram się wybierać te projekty, których zrobienie jest w jakimkolwiek stopniu wyzywające. Tym razem tych wyzwań było sporo: cienkość i długość nici (bo nie wiem, czy można je nazwać włóczką, niewiele różnią się od zwykłych nici do szycia), poziom skomplikowania wzoru, wielkość wzoru. Oprócz udowodnienie sobie, że potrafię robić coraz trudniejsze rzeczy wynika to też z banalnej przyczyny braku miejsca w szafach. Sweter szybko robiony zajmuje dużo więcej miejsca niż taka dziergana miesiącami chusteczka.
Oryginalny wzór robi się tak:
1. Najpierw długa cienka taśma, która jest zewnętrznym brzegiem szala (na fioletowo).
2. Potem nabieramy oczka wzdłuż brzegu tego, co zrobiliśmy w p. 1 i robimy osobno każdą z czterech części tego szerokiego brzegu w stronę środka chusty i następnie te części zszywamy (!). Po tym etapie mamy taki jakby kwadrat z wyciętym w środku mniejszym kwadratem. (na niebiesko, strzałki pokazują kierunek roboty, niebieskie linie to szwy)
3. Na oczkach jednego z takich czterech boków robimy dalej środkowy kwadrat i gdy już skończymy, to przyszywamy (!) do pozostałych 3 brzegów.
Oczywiście nie byłabym sobą, gdybym czegoś nie zmieniła. Tym razem zmiana wynikała z lenistwa i niechęci do zszywania (chyba mnie rozumiecie). Przede wszystkim w p.2 zamiast 4 osobnych kawałków zrobiłam 4 razem w okrążeniach. I wyszło dokładnie to samo, co miało być. Ominęły mnie niebieskie szwy.
Trochę problemu miałam z wypełnieniem środka. Żeby uniknąć szwów zaznaczonych na zielono postanowiłam łączyć w trakcie dziergania środkowego kwadratu końce rzędów z żywymi oczkami brzegu. I tu miałam problem, bo okazało się, że liczby rzędów z oczkami się nie zgadzają. Ale ponieważ nie lubię przyznawać się do porażek, postanowiłam, że jednak skończę tak, jak zaczęłam i dorobiłam nadprogramowe rzędy.
Szew pomarańczowy zrobiłam za radą Pimposhki metodą 3 needles bind off zamiast kitchenera.
Zblokowalam. Łatwo nie było, bo ledwo mi wolnej podłogi wystarczyło.
I okazało się, że wszystko leży tak, jak powinno. No, może środek jest bardziej prostokątny, niż kwadratowy, ale przy takich ażurach jest wystarczająco luzu, by odpowiednio ponaciągać i udawać, że tak ma być.
A teraz szukam kolejnego wyzwania.
Wzór: Granny Cheyne’s Shetland Shawl
Włóczka: Merino Superwash Campolmi, 1500m na 100g, zużyłam 122g czyli >1,8km
Druty: 3,25
Skoro o długich dystansach mowa, 24-godzinna Bad Seed TeeVee
Pierwszy raz robiłam coś z dwóch różnych nitek jednocześnie - jednej gładkiej, zwartej i jednej cienkiej, ale puchatej - i jestem bardzo zadowolona z efektu. Kolory są niemal identyczne i ostatecznie nie widać ani trochę, że są to dwie nitki. A że obie mają szlachetny skład, to i wrażenia całkiem przyjemne, jest miło, ciepło, niedrapiąco.
Po raz kolejny użyłam bezpłatnego wzoru Dropsa i po raz kolejny jestem zadowolona. Opisy mają bardzo łopatologiczne, chyba dla większości po polsku, a i same wzory też są całkiem niezłe.
Ten akurat jest robiony od góry, w jednym kawałku. I to jest bardzo fajne i wygodne, ale z takimi wzorami robionymi od góry mam jeden problem:
jak bym nie nabierała oczek, to zawsze są nabrane dobrze, z odpowiednim naprężeniem, ale też elastycznością robótki
ale
jak bym nie zakańczała robótki, to zawsze muszę się bardzo postarać, aby uzyskać odpowiednie naprężenie. Najbardziej jest to uciążliwe przy zakańczaniu dolnego ściągacza, gdy ściągacz ma pełnić swoją rolę, czyli ściągać, a nie powiewać. Zbyt ścisłe zakończenie z kolei zabiera całą elastyczność ściągacza. Kombinuję z mniejszymi drutami, różne metody zakańczania, ale nie mam jeszcze jednej, wypracowanej, skutecznej i zadowalającej. Gdyby ktoś znał sposób na takie zakończenie ściągacza, jak się go zaczyna, to będę wdzięczna.
Guzik-metka w dość nietypowym miejscu przy mankiecie.
Z kronikarskiego obowiązku, na wszelki wypadek, gdyby ktoś miał wątpliwości: sweter namoczyłam i wysuszyłam rozłożony.
Popatrzcie, jak tu pięknie wełna broni się przed wchłonięciem wody.
I jak się poddała.
I to naprawdę była moja ostatnia gruba robótka w tym sezonie. Obiecuję poprawę. Odkopałam pewną cieniznę i dłubię powoli (w tym tempie pewnie zejdzie mi do końca roku).