wtorek, 26 stycznia 2021

Szale podchoinkowe

Minęło już tak dużo czasu od Bożego Narodzenia, że mogę wreszcie pokazać, co zrobiłam w ramach prezentów. Prezenty miały być dla dzieci, które wszystko mają, ale doceniają ręczną ciotczyną robotę. Kokonki nawinięte na zamówienie według prefencji kolorystycznych obdarowywanych.

 


Trochę przeraziłam się, gdy wzięłam do ręki te motki i uświadomiłam sobie, że trzeba przerobić w sumie 2km włóczki w ściśle określonym czasie, przy czym jej charakter nie pozwala na ucięcie przed końcem, zmniejszenie wymiarów czy inne zabiegi pozwalające zmniejszyć czas pracy. Dlatego też wzór musiał być prosty, jak najszybszy w obróbce.

 



Szale są podobne, ale różnią się drobiazgami - kierunkiem pochylenia i rzędem oddzielającym kolory.

 


Zdjęcia podłe, ale robione tylko komórką w grudniowym domowym świetle.

 


Zapakowane i wysłane.

 



Włóczka: Merino z https://kokonki.pl/, kolory na zamówienie, 4 nitki, po 1km każdy.
Druty: 3,5
Wzór: z głowy. 

Na pierwszym zdjeciu widać 3 kokonki, z trzeciego też powstała chusta, też została zapakowana i czeka na okazję, by komuś sprezentować. Dlatego nie pokażę jej teraz ;)

Zamówienie na kolejny kokonek, tym razem bawełniano-akrylowy z przeznaczeniem na chustę szydełkową właśnie zrobione


Do tego, co jest i pewnie jeszcze długo będzie za oknem najbardziej pasuje







środa, 8 lipca 2020

O dzierganiu długodystansowym

Fajnie mi się czyta komentarze, w których chwalicie moje dłużyzny i cienizny i nie raz czytam (nie tylko zresztą u siebie), że nie miałybyście czasu i cierpliwości na zrobienie czegoś takiego.

Ale właśnie o ten czas chodzi. Żeby go zająć, a niewiele zrobić.

Oprócz tego, że lubię takie rzeczy, jest jeszcze jeden banalny powód - zaczyna mi brakować miejsca w domu na odkładanie dziergadeł. A robiąc taki szal mam 2 w jednym: zajęte ręce i zminimalizowane ryzyko przeładowania półek.

W tej chwili na drutach Williamson stole dziergany z Haapsalu [1].

Fakt, że kolejnego szala też nie potrzebuję, ale jeden na pół roku czy rok to nie jest też jakaś straszna ilość.

Jest jeszcze jeden, mniej oczywisty powód: tak naprawdę praktycznie nie potrzebuję kolejnych nowych rzeczy. W końcu dlatego swetry robię z dobrych włóczek, żeby wystarczyły na długo. Unikam szybkiej mody, więc nie muszę też szybko wyrzucać tego, co było modne w zeszłym roku.
W tym sezonie grzewczym zrobiłam 2 grube swetry, a prawda jest taka, że miałam okazję nosić tylko jeden z nich, chyba ze 2 razy. A miejsce jak zajmowały, tak zajmują.

Podobnie mam zresztą z książkami. Zdecydowanie bardziej doceniam długą, rozbudowaną powieść[2], w której wiele się dzieje, mam czas poznać bohaterów, pisarz nie szczędzi szczegółów, a po skończeniu czuję pewien zawód ,,To już koniec?'' niż zbiorek opowiadań, każde o czym innym [3]. Podobnie również nie mam już za bardzo gdzie odkładać papierowych wydań, ale tu akurat łatwo zadziałać kupując e-booki albo korzystając z biblioteki. Bibliotekę mam na podwórku, więc praktycznie w kapciach mogę wyjść i coś pożyczyć. W czasie koronawirusa jest nawet fajniej, bo wystarczy, że zadzwonię i książka za niedługo będzie na mnie czekała na ladzie.


Żeby było długo i relaksująco



[1] O włóczkach - cieniznach będzie osobny wpis.
[2] Z samego faktu bycia długą powieścią nie wynika fakt bycia ciekawą długą powieścią, patrz Szczygieł.
[3] Nie dotyczy felietonów. Uwielbiam felietony.

wtorek, 9 czerwca 2020

Granny Cheyne’s Shetland Shawl

I już niecały rok później...


Od jakiegoś czasu staram się wybierać te projekty, których zrobienie jest w jakimkolwiek stopniu wyzywające. Tym razem tych wyzwań było sporo: cienkość i długość nici (bo nie wiem, czy można je nazwać włóczką, niewiele różnią się od zwykłych nici do szycia), poziom skomplikowania wzoru, wielkość wzoru. Oprócz udowodnienie sobie, że potrafię robić coraz trudniejsze rzeczy wynika to też z banalnej przyczyny braku miejsca w szafach. Sweter szybko robiony zajmuje dużo więcej miejsca niż taka dziergana miesiącami chusteczka.


Oryginalny wzór robi się tak:
1. Najpierw długa cienka taśma, która jest zewnętrznym brzegiem szala (na fioletowo).
2. Potem nabieramy oczka wzdłuż brzegu tego, co zrobiliśmy w p. 1 i robimy osobno każdą z czterech części tego szerokiego brzegu w stronę środka chusty i następnie te części zszywamy (!). Po tym etapie mamy taki jakby kwadrat z wyciętym w środku mniejszym kwadratem. (na niebiesko, strzałki pokazują kierunek roboty, niebieskie linie to szwy)
3. Na oczkach jednego z takich czterech boków robimy dalej środkowy kwadrat i gdy już skończymy, to przyszywamy (!) do pozostałych 3 brzegów.


Oczywiście nie byłabym sobą, gdybym czegoś nie zmieniła. Tym razem zmiana wynikała z lenistwa i niechęci do zszywania (chyba mnie rozumiecie). Przede wszystkim w p.2 zamiast 4 osobnych kawałków zrobiłam 4 razem w okrążeniach. I wyszło dokładnie to samo, co miało być. Ominęły mnie niebieskie szwy.
Trochę problemu miałam z wypełnieniem środka. Żeby uniknąć szwów zaznaczonych na zielono postanowiłam łączyć w trakcie dziergania środkowego kwadratu końce rzędów z żywymi oczkami brzegu. I tu miałam problem, bo okazało się, że liczby rzędów z oczkami się nie zgadzają. Ale ponieważ nie lubię przyznawać się do porażek, postanowiłam, że jednak skończę tak, jak zaczęłam i dorobiłam nadprogramowe rzędy.
Szew pomarańczowy zrobiłam za radą Pimposhki metodą 3 needles bind off zamiast kitchenera.

Zblokowalam. Łatwo nie było, bo ledwo mi wolnej podłogi wystarczyło.
I okazało się, że wszystko leży tak, jak powinno. No, może środek jest bardziej prostokątny, niż kwadratowy, ale przy takich ażurach jest wystarczająco luzu, by odpowiednio ponaciągać i udawać, że tak ma być.










A teraz szukam kolejnego wyzwania.

Wzór: Granny Cheyne’s Shetland Shawl
Włóczka: Merino Superwash Campolmi, 1500m na 100g, zużyłam 122g czyli >1,8km
Druty: 3,25


Skoro o długich dystansach mowa, 24-godzinna Bad Seed TeeVee